Vélez włącza się do walki o czołówkę

W sobotę rozegrano cztery istotne spotkania dwudziestej kolejki Superliga Argentina. O derbach Avellanedy wspomnimy w oddzielnej relacji, natomiast teraz przyjrzyjmy się trzem pozostałym meczom rozegranym wczoraj na boiskach najwyższej klasy rozgrywkowej kraju tanga. Ważna informacją jest przełamanie się Vélezu Sarsfield oraz brak przełomu San Lorenzo. Ponownie zachwycił Unión de Santa Fe. Relacja:

Godoy Cruz vs Vélez Sarsfield 0:2 (0:1)

Gole – Leandro Fernández (25′ – pen.), Lucas Robertone (65′)

Ten rok wyraźnie nie należy od Godoy Cruz. Aktualni wicemistrzowie Argentyny poza niezwykle fartownym zwycięstwem nad outsiderem San Martínem de Tucumán wyłącznie przegrywają od jego rozpoczęcia. Teraz właśnie zanotowali piąte fiasko w 2019, nota bene wszystkie te wtopy do zera.

Na „Winiarzach” odblokował się Vélez Sarsfield, który co prawda sytuuje się całkiem wysoko wśród klasyfikacji, ale przecież nie potrafił wygrać na trzech ostatnich meczów – głównie dlatego, że w każdym z nich sędzia dyktował karnego przeciwko drużynie Gabriela Heinze. Dodajmy, iż eks-obrońca Heinze wrócił do Mendozy, bowiem dowodził Godoy Cruz przez krótki czas w 2015 roku.

U progu spotkania delegaci z El Fortín de Liniers pierwszy raz przypuścili nieco fartowną ofensywę. Narożna centra Lucasa Robertone została wybita głową przez defensora, po czym Agustín Bouzat jakby od niechcenia posłał dalekosiężny strzał ostukując poprzeczkę bramki gospodarzy.

Co warte odnotowania tym razem nie rywal otrzymał jedenastkę, a właśnie popularni „Fortíneros” – za zagranie ręką obrońcy we własnym polu karnym. W 25 minucie wykorzystał ją występujący przeciwko swemu byłemu klubowi Leandro Fernández, otwierając wynik starcia.

Młody szkoleniowiec Godoy Cruz – Marcelo Gómez musiał wypróbować swoją nową drużynę przeciwko teamowi, który go ukształtował. Póty co były trener młodzieżówki oraz rezerw Vélezu (w ubiegłym sezonie również tymczasowo prowadził pierwszy zespół w trzech meczach) spisuje się kiepsko podczas swojego debiutanckiego epizodu z profesjonalnym trenowaniem.

Dziesięć minut po bramce Fernándeza zapomniał się ukarany już wcześniej żółtą kartką wychowanek Gómeza ze szkółki „El Fortín” – Nahuel Arena. Wojujący przeciwko macierzystej ekipie obrońca sfaulował i obejrzał drugie „żółtko”, przez co osłabił mendoską ekipę.

Krótko przed przerwą wyrównać mógł wracający do ojczyzny napastnik Juan Martín Lucero, aczkolwiek jego niskie uderzenie ze skraju pola karnego w kierunku dalszego słupka minimalnie minęło bramkę.

Mający przewagę liczebną Vélez nie tylko spokojnie dowiózł prowadzenie, ale także podwyższył je w 65 minucie. Wówczas Lucas Robertone mierzonym strzałem z rzutu wolnego tuż zza pola karnego zdobył drugą bramkę dla gości, rozstrzygając jakiekolwiek wątpliwości. Przyjezdni strzelali wyłącznie ze stałych fragmentów gry.

Ze względu obecności jednego zawodnika więcej na murawie goście nie bronili dwubramkowej zaliczki, tylko dalej atakowali. Bramkarz Roberto Ramírez uchronił Godoy Cruz przed kolejnymi ciosami, broniąc uderzenie Jonathana Ramisa z narożnika szesnastki oraz hamując w akcji sam na sam Robertone. Wynik 2:0 nie uległ korekcie do końcowego gwizdka arbitra.

Vélez dzięki swojemu pierwszemu od końca stycznia zwycięstwu awansował na piątą lokatę, a więc wyprzedził Huracán (który – o czym wspomnimy niżej – swoje starcie przegrał).

Chłopcy Gabriela Heinze zgromadzili dotychczas 33 punkty, a więc tracą dwa do polujących na podium Boca Juniors tudzież Atlético de Tucumán. Teraz muszą oczekiwać wpadek rzeczonych drużyn, aby przybliżyć się ku miejscowym gwarantującym Libertadores 2020.

Przeżywający wyraźny kryzys formy Godoy Cruz spadł w klasyfikacji na trzynastą pozycję. Wobec katastrofalnego początku roku zarząd „Winiarzy” stracił cierpliwość do trenera zespołu Marcelo Gómeza i podziękował mu za pracę. Zmagania grupowe Libertadores tuż tuż, ale za wyniki w nich rozliczany będzie inny trener.

*****************************************************************************

Huracán vs Unión 1:3 (0:2)

Gole – 0:1 Franco Fragapane (27′), 0:2 Mauro Pittón (29′), 1:2 Lucas Barrios (82′), 1:3 Franco Troyansky (86′)

Inna rewelacja poprzedniego czempionatu Superligi szykująca się teraz do fazy grupowej Libertadores, a więc Huracán również zawodzi. Piłkarze Antonio Mohameda na sześć tegorocznych ligowych pojedynków wygrali tylko jeden i to w styczniu przeciwko mizernie spisującemu się Rosario Central.

Teraz „El Globo” właśnie zanotowali czwarty konsekutywny bój bez victorii. Mało tego analogicznie, jak noc wcześniej Colón pierwszy raz w bieżącej kampanii przegrali u siebie.

Na stadionie El Palacio furorę zrobił wymiatający ostatnimi czasy Unión. Drużyna z Santa Fe drugi raz pod rząd zwyciężyła strzelając aż trzy gole. Nota bene w obu przypadkach chłopcy Leonardo Madelóna dokopali ekipom górnych rejonów tabeli – najpierw Tucumánowi, teraz Huracánowi.

Rozpoczęło się dramatycznym akcentem, ponieważ obrońca miejscowych Federico Mancinelli oraz napastnik przyjezdnych Augusto Lotti brutalnie zderzyli się głowami podczas walki o piłkę w okolicy szesnastego metra. Łysy defensor ma mocną głowę, więc wyszedł cało ze zdarzenia, aczkolwiek młody Lotti stracił przytomność i musiał opuścić boisko – zmienił go Franco Troyansky.

Pierwszą interesującą okazję w meczu Unión stworzył około 20 minuty zawodów, kiedy strzał głową Diego Zabali zza pola bramkowego sparował Anthony Silva.

Szybkie dwa ciosy wyprowadzone tuż przed upływem półgodziny zawodów pozwoliły „Tatengues” kontrolować spotkanie. Nowy lider tej drużyny, czyli Franco Fragapane zainicjował strzelanie w 27 minucie, fantastycznym mierzonym w długi róg ze skraju pola karnego kompletnie obezwładniając doświadczonego paragwajskiego goalkeepera.

Natomiast kilkadziesiąt sekund później szybką kontrę wyprowadził Pablo Cuadra. Wypożyczony z Racingu napastnik pędząc z futbolówką przy nodze wyprzedził obrońców i na terenie pola karnego przeprowadził akcję dwóch na jednego – mając przed sobą bramkarza podał na bok Mauro Pittónowi, a ten trafieniem do pustej siatki podwyższył.

Nie minęło wiele czasu, a zmiennik Troyansky mógł zdobyć trzecią bramkę dla Uniónu. Nacierając sam na sam od boku szesnastki chciał zaskoczyć Silvę ładną podcinką, acz tylko obił słupek. Za chwilę defensor Huracánu wybił piłkę.

Nie tylko Lotti, ale również paragwajski obrońca miejscowych Saúl Salcedo musiał opuścić murawę w efekcie bolesnego zderzenia głowami. On okazał się nieco bardziej wytrzymały, gdyż po swoim wypadku mógł jeszcze pograć kilkanaście minut w opatrunku na łepetynie. Kilkanaście minut przed końcem jednak nie wytrzymał i też musiał zejść na noszach, a Huracán kończył spotkanie osłabiony, ponieważ wykorzystał limit zmian.

Miejscowi otrzymawszy drugi cios od „Tatengues” zaczęli dosłownie torpedować bramkę gości. Jednak wskrzesić ostatnią iskierkę nadziei udało się dopiero w 82 minucie, gdy po dośrodkowaniu lewą flanką Javiera Mendozy wiekowy snajper Lucas Barrios głową zaliczył kontaktowe trafienie.

Aczkolwiek cztery minuty po trafieniu byłego reprezentanta Paragwaju marzenia o jakiejkolwiek zdobyczy punktowej osłabionemu „El Globo” wybił z głów Franco Troyansky, ustalając rezultat na 3:1.

Długiej lagi zza połowy boiska nie potrafił zatrzymać Mancinelli, który ponadto na około 25 metrze przechytrzył wybiegającego z bramki własnego bramkarza. Łysy weteran niepotrzebnie kopnął futbolówkę we własną szesnastkę. Walczący z nim o piłkę Troyansky wykorzystał ten prezent – samotnie pobiegł za futbolówką w szesnastkę, kierując ją do pustej siatki.

Ambitny Unión wskoczył na ósmą lokatę w klasyfikacji, wzbogacając dorobek do 30 oczek. Właściwie drużyna ze stadionu 15. kwietnia ciągle może realnie myśleć nie tylko o Sudamericanie, ale również o kwalifikacji do kontynentalnej elity.

W marcu „Tatengues” zadebiutują na międzynarodowej arenie starciami pierwszej rundy eliminacyjnej Copa Sudamericana przeciwko ekwadorskiemu Independiente del Valle.

Po premierowej domowej porażce w sezonie Huracán zachował już ledwie dwupunktową zaliczkę nad swoimi wczorajszymi pogromcami i wygląda na to, iż aktualnie piąta siła tabeli porzuci rywalizację o gwarantowany awans do Libertadores 2020. Wszak trudno wierzyć, aby ten klub potrafił skutecznie walczyć na dwóch frontach od marca, gdy rozpocznie udział w fazie grupowej nadchodzącego Pucharu Wyzwolicieli.

*****************************************************************************

Belgrano vs San Lorenzo de Almagro 0:0

Konfrontacja dwóch ekip dołu tabeli pozostała bez rozstrzygnięcia. Brak goli na Estadio Gigante de Alberdi w Córdobie nie urządza żadnej w drużyn – Belgrano niezmiennie tkwi w strefie spadkowej, natomiast katastrofalnie poczynający sobie podczas trwającej kampanii San Lorenzo już od października nie zaznał smaku wygranej.

W 2019 roku zarówno Belgrano, jak i San Lorenzo jeszcze nie odniosły zwycięstwa, ponieważ wolą zremisować – kordobanie podzielili się punktami we wszystkich pięciu tegorocznych meczach, zaś „El Ciclón” cztery zremisowali i jedno przegrali.

To nie do pomyślenia, aby klub o takiej marce zaliczył swój jedenasty konsekutywny ligowy pojedynek bez zwycięstwa. „Cuervos” mogą mówić o szczęściu, iż istnieje sławetna tabela spadkowa (zresztą to dzięki San Lorenzo utworzono ją w latach 80-tych), bo inaczej walczyliby teraz o utrzymanie….

Faworyzowany San Lorenzo wyraźnie przeważał, nie znając jednak metody na umieszczenie piłki w siatce. Dwukrotnie pecha miał Gonzalo Castellani – w pierwszej połowie jego niski strzał z boku pola karnego wybił César Rigamonti, po przerwie oddał strzał głową po rozegraniu rzutu wolnego tylko ostemplowując poprzeczkę.

U progu drugiej części Rigamonti nieco kuriozalnie wypuścił przed siebie dalekosiężny strzał Kolumbijczyka Andrésa Renterii, aby następnie do spółki z obrońcą Joaquínem Novillo powstrzymać przed dobitką Nicolása Reniero. Dalekosiężne próby „Kruków” także nie przynosiły efektów.

Również Belgrano ożywił się w drugiej połowie. W sporym zamieszaniu na terenie szesnastki gości niecelną główkę zaliczył Diego Mendoza obsłużony dośrodkowaniem z boku od innego Kolumbijczyka Mauricio Cuero. Gospodarze nawet zdobyli gola, ale sędzia zauważył pozycję spaloną wspomnianego wyżej Novillo.

Pod sam koniec meczu centra w pole bramkowe Federico Lertory, po jakiej Mendoza haczony przez Víctora Salazara nie sięgnął przelatującej obok niego futbolówki. W Córdobie widzowie bramek nie ujrzeli.

Na pięć kolejek przed kresem sezonu (San Lorenzo ponadto ma jeszcze spotkanie zaległe) oba kluby zgromadziły po 17 punktów. Dla ulubieńców papieża Franciszka marnym pocieszeniem jest opuszczenie dennego podium tabeli – przynajmniej dogonili Patronato, które identycznie, jak ta dwójka może wykazać się dorobkiem siedemnastu oczek.

Belgrano czas ucieka. Niby „Piratas” wystarczy zwyciężyć jedno starcie, aby wydźwignąć się nad czerwoną kreskę, aczkolwiek muszą jednocześnie oczekiwać słabych wyników zajmującego ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli spadkowej San Martín de San Juan.

Comments are closed.