Chwała pokonanym, chwała el „Jefecito”!

No, tak szczerze, z ręką na sercu – ilu z was spodziewało się takiego meczu? Ba, ilu z was spodziewało się TAKIEJ Argentyny, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze „męczenie buły” przez podopiecznych Sabelli?

Wiele osób skazywało na pożarcie Albicelestes i, szczerze mówiąc, trudno im się dziwić. Nasi zachodni sąsiedzi do finału wjechali na luzie, niemal „jak po swoje”. Messi i spółka tak łatwo nie mieli. Mimo, iż wygrywali kolejne spotkania, wszyscy wypominali im brak stylu, wyśmiewali trenera Sabellę i wskazywali na „Messidependencię”. Tymczasem nadszedł finał Mundialu w Brazylii i niespodziewanie(czy na pewno?) obejrzeliśmy wyrównany mecz.

Wyrównany? Chwila…

W tym spotkaniu lepsza była Argentyna. I już oczyma wyobraźni widzę te oburzone twarze niektórych czytelników. Jak to? Niemcy byli częściej przy piłce, no i bramkę strzelili… Ja na to proponuję mały eksperyment. Wytnijcie z tego meczu bramkę dla Niemców, wytnijcie klepanie piłki w środku pola. Zostawcie same sytuacje bramkowe, a potem poproście kogoś kto meczu nie oglądał (jest ktoś taki?) o wytypowanie na tej podstawie końcowego rozstrzygnięcia. Spodziewane odpowiedzi? 2:1, 2:0, 3:1 dla Argentyny? Pewnie jakoś tak. I fakt, że Argentyna zagrała naprawdę dobre zawody, a mimo to została „tylko” ze srebrem boli tu najbardziej. Gdyby Niemcy skasowali Albicelestes, tak jak zrobili to wcześniej z Portugalią czy Brazylią można byłoby uznać „Argentyny nie było stać na tytuł, finał to szczyt ich możliwości”. Ale po tych 120 minutach świetnego widowiska można powiedzieć wprost – to bzdura.

Skąd więc porażka? Cóż, można ją tłumaczyć brakiem szczęścia. Ale spójrzmy kilkadziesiąt dni wstecz. Gdy przed mundialem ktokolwiek patrzył na kadrę Sabelli, zapewne myślał coś w stylu „atak świetny, ale z taką obroną za wiele nie osiągną”. Ba! Ja sam dałem sie w taką właśnie pułapkę złapać. Strasznie obawiałem się tego, co blok defensywny Albicelestes pokaże na tym turnieju. Mecz z Nigerią mógł jedynie spotęgować moje (i innych kibiców) wątpliwości. Ale z każdym kolejnym spotkaniem w fazie pucharowej proporcje się zmieniały. Piłkarze ofensywni odchodzili w cień, robiąc miejsce Zabalecie, Rojo czy Demichelisowi. No i – najważniejsze – szczyt swoich możliwości prezentował „el jefecito” – Mały Szef, jak zwą Mascherano jego rodacy. Większość obserwatorów nie docenia piłkarzy o zadaniach stricte defensywnych. Z reguły są oni w cieniu napastników. Pamiętam doskonale oburzenie, jakie kilka lat temu wywołały słowa Maradony „Argentyna to Mascherano i dziesięciu statystów.” Po tym mundialu El Diego może spojrzeć z góry(no tak, a niby co innego od lat robi?) na wszystkich krytyków. Bez Messiego nie byłoby wygranej grupy, zaś bez Javiera nie byłoby medalu. Najlepszy defensywny pomocnik świata? Bez wątpienia. Najlepszy piłkarz zakończonych wczoraj mistrzostw? Być może. W każdym razie jeden z najlepszych.

A kto z Albicelestes znalazł się na drugim biegunie? Ci, którzy mieli imponować najbardziej. Napastnicy. Można zrozumieć, że w finale Mistrzostw Świata presja jest olbrzymia, ale mając co najmniej trzy sytuacje stuprocentowe nie trafić w bramkę w żadnej z nich? Niestety. Higuain po podaniu Kroosa zachował się jak dziecko we mgle. Messi? W pierwszej połowie czarował dryblingami na prawej stronie, ale gdy już stanął oko w oko z Neuerem strzelił minimalnie niecelnie. Palacio osiągnął coś niebywałego – w dwóch kolejnych dogrywkach (w półfinale i finale) miał sytuację meczową. I obie zmarnował. Z Holandią mu się upiekło, ale nic dwa razy się nie zdarza. No i Aguero… jakkolwiek jestem wielkim fanem jego umiejętności od kilku dobrych lat, tak jego występ na tym Mundialu to kompromitacja. Niedoceniany wcześniej przeze mnie Lavezzi grał o niebo lepiej. Każdy drybling kończył się stratą, bądź w najlepszym razie wyrzutem z autu. O strzałach na bramkę nie piszę, bo ich zwyczajnie nie zaobserwowano. Jeśli kogoś można nazwać „hamulcowym” Argentyny w tym spotkaniu, to Sergio zasłużył na ten tytuł bez wątpienia.

Tak czy inaczej – zwyczajnie po ludzku szkoda mi tych gości. Na mistrzostwach w Rosji Messi będzie miał 31 lat. Mascherano 34, inni niewiele mniej. A ich następcy nie pchają się do kadry drzwiami i oknami. Czy mamy szansę zobaczyć Albicelestes za cztery lata z Pucharem Świata? Serce mówi „tak” i tego się trzymajmy.

autor: Marcin Topolewski

1 Comment to "Chwała pokonanym, chwała el „Jefecito”!"

  1. turnus's Gravatar turnus
    14 lipca 2014 - 21:30 | Permalink

    No ładnie opisane.

Comments are closed.